Blog > Komentarze do wpisu

Moje nałogi: groszek

drugie śniadanie w drugiej połowie czerwca

Jestem nałogowym groszkożercą. Gdy tylko zaczyna się sezon na groszek, staję się codziennym klientem sklepu warzywnego, gdzie kupuję (w szczycie, gdy groszek jest najtańszy) do 3 kilo brutto groszku i wszystko to wtranżalam zamiast obiadu, a czasem i kolacji.

Ów limit 3 kilogramów, choć bliski możliwościom mego organizmu (przy tej ilości zdarza się, że część groszku zostaje na ranek dnia następnego) wynika z postanowienia, by ograniczyć mą żądzę i nie wydawać na groszek więcej niż 10 złotych dziennie... no, 10 z hakiem...

I jem ten groszek i jem. Ręce wciąż pracują skubiąc strąki, oczy co rusz zerkają na otwarty strąk w poszukiwaniu robaka (raz na parę dni jakiś się trafia, lepiej więc na ćwierć sekundy zerknąć i sprawdzić), zęby wciąż rozgryzają nasiona. Niczym maszyna przerabiam pełne strąki na puste z maksymalną wydajnością.

Sezon na groszek trwa około miesiąca. W tym czasie wydaję na niego kilkaset złotych i zjadam kilkadziesiąt kilo (liczone brutto, czyli ze strąkami, które też czasem obgryzam, ale z rzadka, bo wymaga to ich uprzedniego umycia). W zeszłym, feralnym trzynastym roku, zjadłem przeszło 17 kilo groszku wydawszy na niego ponad 100 złotych. A rok był zaiste fatalny, bo i groszek był drogi i mnie praca w czerwcu rzuciła w dzikie ostępy, gdzie groszku przez długie dni kupić mi się nie udawało. Dla porównania dwa lata temu zjadłem niemal 28 kilogramów, na które wydałem przeszło 230 złotych, a przez kilka poprzednich lat moje spożycie Pisum sativum zawierało się między tymi dwoma wartościami, bliżej jednak górnej granicy niż dolnej. (PS. W roku pisania tego posta wchłonąłem nieco ponad 40 kilogramów, wydawszy na nie niemal 350 złotych; to był dobry rok.)

Jem go na tyle dużo, że w drugiej połowie czerwca, gdy ceny osiągają minimum, a mnie stać na 2-3 kilo groszku dziennie, zaczynam sikać na zielono. Nie jest to intensywna zieleń świętopatrykowego piwa, ledwie zielonkawy kolor o intensywności koloru żółtego w moczu po dwóch piwach, jednak faktem jest, że od groszku zdarza mi się sikać na zielono.

Nałóg ten bywa niebezpieczny. Ciąg do groszku jest bowiem tak wielki, że zdarza mi się go jeść prowadząc pojazd mechaniczny. Ponieważ czynność ta angażuje ręce i raz na jakiś czas oczy, stwarzam zagrożenie w ruchu drogowym. Jest mi za to ogromnie wstyd i staram się z tym walczyć (na przykład jedząc groszek tylko czekając na czerwonym świetle), ale siła nałogu (zwłaszcza, gdy rano kupię całą torbę groszku i od razu siadam za kierownicę na dłuższą trasę) jest potężna.

W ciągu sezonu na groszek, puste strąki stają się znakiem rozpoznawczym, śladem mej bytności, niczym niedopałki Morley'ów dla Palacza. Pojedyncze zawsze się zawieruszą gdzieś pod krzesło, na którym siedzę, jakiś leży na podłodze w aucie, inny wystaje z kieszeni, gdzie go schowałem, gdy w pobliżu nie było śmietnika.

I cała ta idylla trwa miesiąc, w porywach do półtora. Potem sezon się kończy i przez pozostałe 11 miesięcy roku prawie nie jem "zieleniny", warzyw i owoców. Tłumaczę sobie jednak, że przez ten miesiąc organizm mój wchłonął tyle witamin, że spokojnie mi to wystarczy na cały rok, do kolejnego sezonu na groszek.

piątek, 30 maja 2014, nieuczesany23
Tagi: moje nałogi

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA