Blog > Komentarze do wpisu

Mój post(?) & Moje nałogi(?) & Moje wieczory

(Tytuł jest nawiązaniem do notki sprzed ośmiu lat pt. "Mój post & Moje nałogi(?) & Moja neuroza".)

Jak pokazuje doświadczenie ostatnich tygodni, potrafię też doskonale bezproduktywnie marnotrawić wolny czas nie zażywając narkotyków. Wygląda nawet na to, że wtedy wychodzi mi to o wiele lepiej.

Od pewnego czasu palę jedynie minimalnie. Po pierwsze, zapasy się skurczyły do "trzech szczypt" już kilka tygodni temu, po drugie celem zweryfikowania tezy, czy mój stan psychiczny nie jest aby spowodowany długotrwałym używaniem, dwa tygodnie temu zacząłem wdrażać się w post. Nie udało mi się tego nieuniknionego niebawem postu utrzymać, ale udało się ilość pochłanianego dymu zmniejszyć kilkukrotnie względem mych wcześniejszych, już oszczędnych, norm. Zacząłem też robić kilkudniowe odstępy między kolejnymi nabiciami fajki. Zacząłem od przerwy pięciodniowej, dłuższej niż kiedykolwiek w ubiegłym roku.

I się rozsypałem. Zacząłem kłaść się spać między 21:37 a 22:22. Jeden wieczór "bez" przesiedziałem oglądając filmiki z brytyjskimi komikami, jeden zajęło mi godzinne zajęcie się pracą - w resztę byłem tak zmęczony, że nie widziałem sensu dalej siedzieć przed ekranem. Niby dobrze, że trochę odespałem – ale generalnie przepieprzam czas, nie robię nic konstruktywnego, co mnie wewnętrznie boli.

Bo moje dni wyglądają tak: budzę się, idę do pracy, w pracy pracuję, wracam, jem obiad, bawię się z dziećmi, kładę je spać – i jest między 21 a 22, a ja jestem zrypany całym dniem bez chwili odpoczynku (rodzina osacza mnie już nawet w kiblu; wysranie się w spokoju to luksus, na który nie każdego dnia mnie stać). Kolejna herbata w żadnej mierze nie ożywia, kawa nie dodaje mi energii już nawet za dnia. I mam wtedy do wyboru:

  • położyć się spać; ma to swoje zalety: prześpię się 7,5 do 8,5 godziny i nieco zregeneruję wymęczony organizm;

  • gapić się bezmyślnie w ekran monitora, oglądając filmiki i czytając niezbyt trudne artykuły w sieci (na trudne nie mam już siły, zaznaczam je jedynie do przeczytania w przyszłości; tak samo nie mam już siły skupiać się na filmikach dłuższych lub wymagających skupienia; występy stand-up'erów to wszystko, na co mnie wtedy stać);

  • zabrać się za pracę (zawsze jest za co się zabrać) – choć na to nie zawsze mam siłę; prawdę mówiąc nigdy nie mam, ale raz udało mi się do czegoś zebrać;

  • zapalić; wtedy znów zaczynam mieć siłę i zaczynam mieć ochotę coś zrobić; i choć są to rzeczy zwykle głupie (napisać wpis na bloga, obejrzeć film, wymyślić niuanse przygody RPG) – to są i coś jednak robię;

Nie chcę być ledwie mięsem i swego życia przeżyć na zasadzie "urodzić się, żreć, zdechnąć". Chcę jakoś się wyrazić, jakoś się przekazać, coś po sobie zostawić. Dlatego nawet najzdrowsza opcja długiego snu po paru dniach zaczyna mnie wkurwiać. Mam wrażenie, że przepuszczam czas, nie robię nic, by się wyrazić – w ogóle nie robię nic. Może to tylko "cold turkey", może potrzeba mi miesiąca detoksu i odespania, bym miał siłę oraz chęci i bez palenia się za coś zabierać – a że byłoby to bez palenia, to byłoby inną formą, być może właśnie wymarzonym większym formatem. Może. Ale ze względu na mą życiową sytuację, nie wygląda mi na to. Nie mam zapewnionej podstawy piramidy potrzeb Masłowa, więc jego zdaniem nie mam prawa zajmować się wyższymi jej piętrami.

Może więc to, że znów zapaliłem, wyjdzie mi na złe. Ale musiałem – choć nie: musiałem się zanietrzeźwić, w tym kanabinoidalnie, w piątek; potem czułem chęć, by nie stwierdzić nagle, że przepieprzyłem cały weekend. Że nagle jestem tydzień bliżej do śmierci i nic nie zrobiłem, by "się zasejwować".

Poza tym od owych dwóch tygodni przestałem mieć siłę czytać w porannych autobusach. Na kiblu też mi czytanie ciężko idzie, bo wciąż rozmyślam o swych problemach miast skupiać się na treści książki. Podobnie jak osiem lat temu, po kilku dniach postu wzrósł poziom mej irytacji i frustracji. Okazjonalne palenie mi na to pomaga: relaksuje mnie z wieczora i stan spokoju ducha trwa jeszcze następnego dnia, a czasem i dwa. Szczyt efektywności w pracy lub w załatwianiu swych spraw osiągam zaś popołudniem dnia po zapaleniu lub rankiem dwa dni po nim. Wcześniej trwa jeszcze "syndrom amotywacyjny", później już obezwładnia mnie frustracja.

Wygląda na to, że gdy niebawem nadejdzie pełnoprawny post, stanę się naprawdę zrzędliwym i upierdliwym człowiekiem, z którym spotkania sam wolałbym uniknąć.

poniedziałek, 01 lutego 2016, nieuczesany23
Tagi: moje nałogi

Polecane wpisy

  • Moje DDA

    "Palę jak smok, ale wzdrygam się na myśl o wypiciu łyka alkoholu przed zmierzchem, „bo to może prowadzić do nałogu”." [29/8/15] Tak sobie ostatnio

  • Mój post - podsumowanie

    Choć katolik ze mnie jak z koziej dupy trąba , na czas Wielkiego Postu postanowiłem ( ponownie ) porzucić kilka z mych nawyków i nałogów. Plan był całkiem nieźl

  • Moje nałogi: groszek

    Jestem nałogowym groszkożercą. Gdy tylko zaczyna się sezon na groszek, staję się codziennym klientem sklepu warzywnego, gdzie kupuję (w szczycie, gdy groszek je

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA