Blog > Komentarze do wpisu

z cyklu "zapiski sprzed dekady": Mój Mister Jeckyll & Doctor Hyde

"Heh, wygląda na to, że u mnie nastąpiło odwrócenie przypadków. To nie jest tak, jak pokazują na tendencyjnych filmach, że dobry, prawowity i pełen dobrych chęci chłopak po zażyciu narkotyków zmienia się w leniwego, sfrustrowanego narkomana. U mnie jest tak, że leniwy sfrustrowany gość po zapaleniu marihuany zmienia się w chętnego do pracy i pełnego dobrych chęci narkomana. Ciekawe czemu tak jest – i jak to zmienić? Bo chwilowo jedyną metodą jaką widzę, by przestać się lenić i zabrać się za swoje obowiązki, to palić cały czas..." [26.IX.2005, 3:44]

Jest taki uroczy amerykański filmik propagandowy z lat 40-tych na temat szkodliwości palenia marihuany, na którym ukazane jest jak pod jej wpływem młodzieniec zmienia się w włochatego, nieokrzesanego, nieuczesanego neandertalczyka, niczym doktor Jeckyll w mister'a Hyde. Jako ktoś, kto od pewnego czasu raz na jakiś czas oddaje się łamaniu obowiązującego prawa przyznać muszę, że u mnie ta przemiana wygląda wręcz odwrotnie.

Gdy czasem wieczorem zapalę, myśli mi się w głowie nieco rozjaśniają. Zauważam nowe wzory, nowe detale i formułuję na ich podstawie nowe hipotezy i TAŻ-eSwego czasu na przykład oglądałem trwający 55 minut program popularno-naukowy o kosmosie. Pierwsze 50 minut obejrzałem nie paląc i mimo, że wiedzę zawartą w filmie chłonąłem, w ciągu tych pięćdziesięciu minut miałem tylko jedną do niej uwagę. Potem zapaliłem - i oglądając ostatnie 5 minut programu zapisałem cztery kolejne uwagi do tego wąskiego skrawka zaprezentowanych tam informacji. Sporo bon-mot'ów i żartów wymyśliłem dzięki temu, że byłem "pod wpływem".

Za dnia nierzadko bywam pełen lęku, co uniemożliwia mi efektowne działanie. Gdy o północy zapalę, lęk ten słabnie, a ja jestem w stanie spojrzeć na swe problemy go pozbawiony i szybko znajduję niemałej ich części rozwiązanie. Którego oczywiście najczęściej nie wprowadzam w życie, bo po pierwsze jest po północy, a po drugie ja jestem spalony - a gdy rano się budzę, znów jestem zwykłym zalęknionym mister'em Jeckyll'em. A nawet gdy tego rozwiązania nie znajdę, to traktuje me codzienne problemy wtedy jako możliwe do rozwiązania i wiem zwykle, że wcześniej czy później mi się to uda. 

Potrafię też idealnie zaplanować sobie nadchodzący dzień - w jakiej kolejności załatwić optymalnie bieżące sprawy i kiedy między nimi znaleźć czas na to, by załatwić część zaległych (a przynajmniej potrafiłem, gdy na swój harmonogram dnia miałem większy wpływ). Nauczyłem się już parę lat temu nie robić takich planów na 100%, a tym bardziej 110%, lecz uwzględnić mój stan i robić plany uwzględniające chwilę na odsapnięcie i mentalne się przygotowanie między zadaniami (np. na dwuminutową rozmowę telefoniczną przeznaczałem w nich od kwadransa do pół godziny). Kładąc się spać po takim wieczorze doskonale widziałem, że wykonanie tego planu znacząco zmniejszy mój dyskomfort psychiczny...

... a potem budziłem się rano niewyspany i zestresowany, a w ciągu dnia poziom stresu rósł i rósł wraz z pokładami poczucia winy z powodu zaległych spraw i nie byłem w stanie tego planu wykonać. Ta bezsilność irytowała mnie coraz bardziej, aż wreszcie wieczorem - po dniu, w którym czasem zrobiłem połowę założonego planu a czasem nic - znów sobie zapaliłem i chwilę potem wiedziałem już, jak źle się zachowałem w wielu sytuacjach, ale wiedziałem też, jak jeszcze dnia następnego można to było naprawić.

Podobnie mam z aktywnością fizyczną - całymi dniami mogę narzekać, że boli mnie jakaś partia mięśni lub stawów, ale dopiero gdy wieczorem zapalę, zaczynam się rozciągać. Nie zawsze palenie jest do tego konieczne, ale czuję, że pod wpływem THC rozciągam się bardziej i skupiam się na działaniu ciała, mój umysł nie dryfuje w stronę myślenia o niezałatwionych sprawach, rachunkach czy tego, co akurat czuję, że powinienem robić zamiast się porządnie rozciągnąć i nieświadomie nie przyspieszam ćwiczeń, by czym prędzej się za owe zadania zabrać.

Jestem - czuję się - dużo bardziej kreatywny w tym stanie. Dostrzegam niuanse, detale i szczegóły, które panu Jeckyllowi by umknęły. Gdy piszę notki na blogi, cyzeluję słowa i frazy, sprawdzam szyk zdania, znajduję odnośniki - jako mister Jeckyll nie mam do tego aż takiej cierpliwości. Gdy tworzę fabułę przygody RPG, zagłębiam się w nią do poziomu, w którym wiem, co kieruje działaniem postaci, którą gracze mają ledwie niewielką szansę spotkać i co się dzieje w każdej wiosce w promieniu dnia drogi od drużyny. Jako mister Jeckyll tak nie potrafię.

A poza tym - chce mi się. Nie mam problemu, by spędzać wieczory po prostu oglądając seriale. Część z nich sprawiłaby mi zapewne równie wielką frajdę ("Szczała" nie), ale na pewno nie chciałoby mi się potem moich do tych filmów uwag zapisać. All those moments...

Albo mógłbym czytać. Jestem przekonany, że gdybym nie palił, dużo więcej bym czytał. Tyle że i tak czytam tyle, co średniej wielkości blok mieszkalny. A gdybym nie palił, nie miałbym potem chęci i odwagi, by spisać me komentarze do przeczytanych woluminów i umieszczać je w sieci. Och, na pewno mógłbym użyć odpowiedniego cytatu w dyskusji - ale też nie zwykłem wiele dyskutować. 

Na skutek wieloletnich doświadczeń zauważam u siebie charakterystyczne cechy zależnie od stanu, w którym się znajduję.

Nie czytam po paleniu (czytając lubię pamiętać fabułę). Nie oglądam przed paleniem (wręcz odwrotnie).

Gdy doktor Hyde idzie na spacer, przestaję się wewnętrznie i zewnętrznie kulić. Potrafię się wyprostować, wziąć w piersi głęboki haust powietrza i cieszyć się pogodą, nawet gdy jest to marcowy deszcz. Rozglądam się wtedy i czasem dostrzegam cudne rzeczy. Gdy piechotą porusza się mister Jeckyll, to najczęściej spiesznie, nerwowo, o pięć minut spóźniony, z wzrokiem wbitym w chodnik. 

To pan Jeckyll ulega wspominanej ostatnio frustracji. To on toczy pianę z ust, on się frustruje i wkurwia. Doktor Hyde wie, że to nie są konstruktywne ni zdrowe (psychicznie) reakcje – i natychmiast uspokaja oddech i umysł, znajduje i rozumie motywacje denerwujących mnie osób i stara się znaleźć rozwiązanie sytuacji.

Po paleniu staję się legalistą i staram się przestrzegać prawa. Na przykład prawie zawsze kasuję bilety, podczas gdy normalnie zwykle ważę ryzyko (na jedno-, dwuprzystankowych trasach praktycznie nigdy ich nie kasuję). Przez to nabieram poczucia winy, że właśnie złamałem obowiązujące prawo paląc.

Dzięki doktorowi Hyde'owi zdaję też sobie sprawę też, że właściwie nie powinienem znowu się zmieniać w niego, lecz położyć się do łóżka, przytulić do Nieuczesanej i zasnąć. Problem w tym, że myśl ta regularnie przychodzi mi do głowy dopiero późną nocą w domu, jak już zostaję doktorem Hyde'em.

Podobnie to doktor Hyde dużo bardziej rozważa na temat tego, czy aby nie objawia się za często. Codzienny mister Jeckyll ma w głowie słowa House'a "I pay my bills. I function.", a tu akurat Hyde, gdy się pojawi, nie może już nic na o zaradzić.

Mimo gloryfikacji stanu doktora Hyde'a i świadomości, że mając jego świadomość za dnia byłbym w stanie uczynić wiele rzeczy, których nie potrafię dokonać lub zajmują strasznie dużo czasu, zdaję sobie sprawę z tego, że nie chciałbym tak spędzać też całych dni. Jest to jednak inna świadomość i np. nie odważyłbym się prowadzić pojazdu mechanicznego, jak i bałbym się aresztowania za nielegalność.

Potrafię bowiem w tym stanie zaplanować nagle w trakcie podróży o wiele bardziej optymalną i ciekawszą trasą - po czym trzy minuty później minąć docelowy przystanek nie zauważywszy go.

(Pamiętam jednak, jak mendel lat temu by się mentalnie zbierać do kupy rankiem, co rana ściągałem "pół buszka" "na dobry początek dnia". Tyle pozwalało mi mieć uśmiech na twarzy wychodząc z domu i całkowicie rozpuszczało się w świadomości do czasu aż środkiem komunikacji miejskiej docierałem na studia. Przestałem tak robić po tym poranku, gdy obudził mnie - a więc na szczęście byłem przed owym półbuszkiem - telefon od policjanta w sprawie mej sprawy z art. 47 paragraf 1 ustawy o przeciwdziałaniu.)

Mam świadomość, że przynajmniej część codziennego zmęczenia mistera Jeckylla wynika z tego, że doktor Hyde znów zarwał noc i ów obudził się po zdecydowanie zbyt krótkim śnie. Niestety, jedyna decyzja na jaką doktor Hyde ma bezpośredni wpływ jakoś nie zwraca jego uwagi.

Poza tym, w jeszcze jednej rzeczy doktor Hyde się nie sprawdza: nie pomaga mi stworzyć niczego większego. Sam ten wpis piszę już dwa lata i dopiero okoliczny post pozwolił mi go dokończyć. Wciąż jednak w znacznej mierze pisał go doktor Hyde. Mister Jeckyll za to nie znalazł sił, by go porządnie zredagować, ostateczne dzieło będzie więc wspólne.

* * *

Jak się nad tym głębiej zastanowić i wypowiedzieć szczerzej, to żadna z tych person samoistnie nie jest dobrym wyjściem: ani regularne, cowieczorne wizyty doktora Hyde'a, ani jego całkowite wyrugowanie z mego życia. Od dawna twierdzę, że najbardziej płodne są estuaria, czyli środowiska graniczne. Tak też i tu najbardziej kreatywny i twórczy jestem po jednym wdechu. Drugi, następujący kilka kwadransów po pierwszym, pozwala jeszcze ten stan nieco przedłużyć i odegnać nadchodzące zmęczenie. Po trzecim (bądź po drugim wziętym szybko, a nie po dłuższej przerwie od pierwszego) jestem w stanie tylko wpatrywać się w ekran, mniej lub bardziej bezmyślnie.

Tak samo, myślę, najlepiej dla kreatywności jest przeplatać okresy palenia z okresami dłuższego niepalenia - i korzystać z tego, co przynosi zmiana stanu rzeczy - w obie strony.

środa, 10 lutego 2016, nieuczesany23

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA